top of page

Łukasz Jarosz – Teksty poboczne

  • Mirek Drabczyk
  • 6 dni temu
  • 3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 5 dni temu



Apokryf

W ciepłym powietrzu jechałem rowerem 
przez wieś, co chwilę zamykając oczy.
Chciałem zobaczyć, czym jest 

szczęście, by przestać do niego dążyć.
Zatrzymałem się przy kaplicy;
nikogo nie oburzała nagość Jezusa.

Po powrocie bezmyślnie wykreśliłem
z wierszy wszystkie przymiotniki, 
nie wiedząc, że być może właśnie one 

są najważniejsze.


Podróż ciała

Rowerem po leśnej, kamienistej drodze. 
W krzakach połamane betonowe ogrodzenie, 
w ciele miech, dysza płuc. Co mnie pcha ku pisaniu 
jak ludzie na koncercie, w kolejce po bilety? Jakaś 
„siła boska”? Córka? Ci, którzy tego nie przeczytają: 
chłopak, słuchający motorycznego umpa-umpa, wytrzepujący 
samochodowe chodniczki, kobieta plewiąca truskawki, 
facet w toyocie z miną jakby jechał do piekła?

Przystanąłem obok krzyża z tablicą pamiątkową. 
„Ten krzyż w miejsce starego zniszczonego wykonał 
Kajdan Stefan w 60-tą rocznicę pacyfikacji Ryczowa, dziękując 
Bogu za ocalenie od śmierci w czasie pacyfikacji i za przeżycie 
w obozie koncentracyjnym”. Kręci się kółko kosmosu. Przyjdą 
następni: młodzi, nieznający dobra. Też byłem dobry. Teraz 
rozkładam karimatę głęboko w buczynie, zasypiam w butach 
i swetrze, by móc w każdej chwili uciec.


Unisono 

Po raz kolejny wyciągam kurtkę z szafy – 
znów powraca zima. Wczoraj mogłem 
umrzeć pod kołami ciężarówki z drewnem, 
trzymając w dłoniach zimną kierownicę.
 
Ale żyję, oddycham. Myję talerze, 
co chwilę zakręcając wodę, wsłuchując się, 
czy ktoś nie nadchodzi. Na korytarzu i nad 
śnieżnymi dachami turla się jednak cisza.


List z Ziemi

Przy drodze spojrzałem na uśmiechnięte krasnale 
przejeżdżającej karuzeli z wesołego miasteczka. 
Zimne i ślepe. Zjadłem kilka bukowych orzeszków, 
z tablicy przy szlaku dowiedziałem się o istnieniu 
paru gatunków roślin: kruszczyk szerokolistny, gnieźnik 
leśny, żłobik koralowaty. Świat harmonijny i perfekcyjny, 
aż trudno w nim wytrzymać. Obojętny wobec bólu, 
dlatego dający wolność.

Nad stawem spojrzałem w oczy figurki przybitej do sosny. 
Jadłem las. Potem oglądałem zdjęcia, filmy; z tej Ziemi, 
gdzie jedni czekają na koniec, inni myślą, że już nastąpił. 
Gdzie się jeszcze nie stworzyłem, gdzie się rodzę, 
na nagiej wyspie. W nagiej kołysce, pośród zwierząt i roślin: 
tu tańczę, tam przeskakuję przez bramę, odpycham 
od brzegu kajak. A jeszcze dalej modlę się na stojąco. 
Utrwalony w powietrzu. Sfotografowany rybim okiem.


Fala

Włączam radio, by choć chwilę mówił 
do mnie świat. Zdetronizowany król, którego 
co dzień chowają w grobie z koniem i sztyletem. 
Stawiam litery – wścibskie mrówki, które mogą 
obleźć wszystko. Dopóki nie zacząłem ich kreślić 

i pokazywać tego innym, nie wiedziałem, ilu jest 
złych ludzi. Samotnych. Buduję przeciw nim 
własną złość, dobroć, odosobnienie. A także dom, 
nad którym ślęczy księżyc. I nie rusza się z miejsca.


Posłaniec

Blask telewizorów, latarnie miasta. 
Tam ludzie kłócą się, kąpią dzieci, milczą.
A ja tu pochylam się nad dywanem z rurą 
odkurzacza w dłoni, przecieram ceratę, 
szoruję przypalony garnek. Wciśnięty w ziemię, 
między ciało i duszę, zostawiając po sobie kurz, 
włosy, tłuszcz ucha na szybce telefonu.

W tej kuchni zostałem jak inni po odpłynięciu arki: 
na kruszejącej skale, zmniejszającym się wierzchołku 
Ziemi. Zapada zmierzch. W nim chcę być zrozumiany, 
rozumiejący. Chciałem mówić coś wysokiego, 
dalekiego, a czepiałem się szczegółu. Ust wołających 
w powietrzu. Dłoni głębokiej w wodzie. 


Przebieg

Motyw jak z filmu – umiera kolejny uczeń, 
a profesor żyje, choć przeuczył już 
kilka pokoleń, połowę miasta.

Jak kadr – nieokrzesany niegdyś wychowanek 
leczy nauczyciela, wycina z jego wnętrzności 
śmierć. A niebo nad lądowiskiem śmigłowca 

jest wyżłobioną w pniu łodzią, wydrążoną rzeką. 
Za murem na placu dzieci krzyczą: „Ziemia jest lawą!” 
i wskakują na drabinki.


Hadwao

                           Kalinie

Tak bardzo się bałem, 
biorąc cię malutką na ręce,
to śliskie jak świeca ciałko, 
kruchy kryształ.

Dziś już cię nie udźwignę, 
musisz sama 

płynąć przez czas, który jest jak 
srebrny wąż ławicy, 
rozpadający się co chwila 
na tysiące ryb.


fotografia na okładce Nina Czerwińska
fotografia na okładce Nina Czerwińska

fot. Jacek Berg
fot. Jacek Berg





Łukasz Jarosz (ur. 1978) – poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców, Baza Ludzi Żywych. Autor kilkunastu tomów poetyckich, z których ostatnie to Pełnia Robaczego Księżyca (2022), Widoczna i niewidzialna (2023) oraz zbioru aforyzmów Czynności i stany (2019). Laureat Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (2013), dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Mieszka pod Olkuszem.

     Redakcja  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page