Wikta Kłosińska – pięć wierszy
- Miroslaw Drabczyk
- 28 kwi 2024
- 3 minut(y) czytania
siedliska
falochrony palisady żywopłoty
konary graby zagajniki
mchy torfy tarniny
ostrokrzewy
kolce pałki zwoje
bagna mokradła trzęsawiska
gruzy kaniony wąwozy
ruiny pokrzywy jaskółcze ziela
kopce jeziora i fosy
kurhany – skóra i kości
konie ptasie pióra to-te-
my – – wy
mosty zwodzone kładki
tratwy
kamienie przez strumień
pomost
przepusty pod autostradą
linie horyzontu w drodze – –
po lepsze
koło rysowane patykiem wokół stóp
ścieżka do
przestrzeń
i jeszcze
prześwity
(prześwity są konieczne)
***
baletnica flamenco
jej pomarszczona twarz
rozsypuje skórki pod blokiem
gołębie srają na schodach
sąsiedzi zazdrościli
(wie pani to był ten pisarz)
żony baletnicy
skrzydlatego chodu
mówię pani stąpała jak łania
– – kołysała – –
bachory mówi niechętnie
gramy w kometkę
wrzeszczy z okna
wzrok rozmyty przez czas
w szlafroku tańczy po parkingu
a może wyrzuca śmieci
wiem – – ma takie same stringi
i ciało – – zapomina protezy
hoduje koty i cyprysy
trzaska bramą
w wieczornym świetle
i tupie
głośno tupie
***
idę
odciążam
każdym krokiem
Krynica Morska Jastarnia Stilo idę Kołobrzeg nagle Blackhead Lighthouse
pełnia albo błysk
idę
z krzykiem mew w traperach
muzyka Tiny w myślach
w poprzek fal
chrzęst daje opór idę
czuję ziemię
i trzepot
(chodzenie z kijkami jest jak dojenie
chwytasz – puszczasz – cieknie
oddech oddech rytm oddech)
idę
kontrasty
kramne i zgrzebne
len węgiel
sól w oku sól ziemi
skubanie gałęzi żywcem opłatek dla krów
plecenie sypanie
nosidło dla dziecka
ze studni
lewo prawo
kobalt srebro
a na starość – ziemia wzywa
wiersz dla Pauliny
weź walizkę weź siwe włosy trzydziestoletniej kobiety weź babki córki weź sukienki rękawiczki
czy grzebienie zabrałaś? a ta gazeta co mówi? jakiś pożółkły ten papier nadjedzona przez myszy
na strychu albo kuny tam były stara maszyna do pisania porządna jeszcze działa no tak tutaj
właśnie zobacz w którym pokoleniu są matki? gdzie stały kołyski? czy stały? czy jechały?
wokół stołu biega łysy enkawudzista goni ją ze śmiechem on po prostu chciał mnie zgwałcić ale
mu uciekłam po trzydziestu sekundach zmienił zdanie i wyszedł a ten pociąg jechał niosąc
miesiąc na sobie bez kibla ropa w ranach pies jej mordę lizał przeżyłyśmy
niebo było kurwa tak samo niebieskie jak te żylaki co babcia miała potem całe życie w tym
pociągu utkała placki rozlewała kipiatok spirytus rozcieńczała i handlowała za jedzenie bo
pierzynę miała zabrać tak jej radził ten żołnierz no wiesz może ludzki był albo coś go ruszyło jak
widział te ręce delikatne słoje zamiast ludzi nie panie ziemia spalona przyszłość po tylu latach
ciągnie się turkot słów turkot snów
weź walizkę piąta rano mróz weź siwe włosy weź motek odgarnij! odgarnij włosy! zabierz zdjęcia
a buty? butów nie ma! nie będzie pachnieć ciastem w niedzielę ani kiedy indziej nie będzie kobiet
w tym pokoleniu popatrzą oczami do wewnątrz skontrolują poczekają aż ktoś się zaopiekuje będą
sprzątać podawać kanapki i milczeć nic tym dziadom ojcom nie powiedzą nic bo lepiej się
schować nie ujawnić niech sobie rządzi nie ma co tam dzieci córki synowie choroba picia
zaburzenia jedzenia dam już te kanapki albo zupę kaczkę podam choremu czy już zjadłaś? a skąd!
matki przecież nie gotują tylko czekają aż przyjdziesz aż się obudzisz tam gdzie wódka i ciosany
stół brudna podłoga brukiew obierki w zlewie? czy w misce? nie mam pewności
wchodzisz we mnie obraz malowany cyrylicą czytam gazetę albo machorkę czytam i oczy pieką oj
pieką ale czy zostaną te same? czy zostaną? zamglone zwidy bułek czy pamiętasz? ten smak bułki
po latach w pociągu? najzdrowsza dieta sześć lat bez soli nie było rozsypanej mąki – –
to i tak nie ma po co zaczyniać – – nie ma po co wracać
bo chłopaki już nie dadzą im radości
palców w cipki nie pozwolą nas dotykać
śnieg się roztopi
biegnę teraz często
przez trawy biegnę przez łąki
przez piasek przez wiatr biegnę
przez las zbiegam w dół przez ścieżki
rozpościeram ręce
będę biegła
