Szymon Florczyk – sześć wierszy
- Miroslaw Drabczyk
- 6 dni temu
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 5 dni temu
Znieczulenie
Przed świtem ma leniwe palce,
szczere opuszki, ciepłe grzbiety.
Wolno rozchodzi się w pościeli,
która skrywa miękko mgliste kształty
pod oblegającym kontur chłodem.
Moja czułość schnie w ostrym słońcu;
kurczy się i wczołguje w krtań.
Przysiada w jaskini płuc
i krzepnie.
O zmierzchu jak twarda bryła
ciąży w głąb gęstniejącej czerni
niczym skaliste ciało nie odbijające światła.
lublin geske
na ciepłych bramach zostawiam palce
czasem oko będzie odmykać powiekę
niczym stara okiennica
kwitnąca ususzonymi kwiatami
albo tą dziwną czarną łezką
w ciasnej uliczce
wsuwam ramiona między
odrapane z południ mury
żółtobrązowe zapadłe w bruk
niosący raz wyżej raz
osuwający
w ciszę o zatopionym świecie
z głębin wzywam Cię
akty pływalne
pozwoliłem sobie przeczytać wiersz tak, jak
był napisany: nuty, zacieki, dziwne znaki,
szumy za uszami, skądś bryza.
coś z tego wciąż przepisuje się piaskiem.
chrobocze łapkami,
chybocze klateczką.
pozwoliłem sobie napisać wiersz tak, jak
wypuszcza się wstążkę przez palce;
teraz wije się gdzieś w półmroku,
toczy kółka, plecie
smyczkę na przetaczane.
SETI
kiedyś preferowałem narrację
że jeżeli jakieś nieodkryte cywilizacje istniały to
odpowiedzią nie są ekspedycje z głębin kosmosu
ale pramiasta pogrążone w ziemskiej dżungli czy pustyni
tak jak nieprzeliczone tajemnice być może żyją
tuż pod klepkami parkietu czy stopami
nadal wbijam w nie wzrok jednak teraz
nie mam nic przeciw temu by dach mi rozbił
twój latający spodek
wyspa
mieszka za jeszcze siódmiejszą górą
a mnie jeszcze bardziej odjaśminiło
ona nie wie że mój cień się wyrywa
na jedną z fal błyskających podczas burzy
nie wie że słowa zbieram do koszyków
i jak łaszą się obiecują
to znów ofukną wtedy tak śmiesznie
kulą się moje palce
zmarznięte
ona siedzi w fotelu głęboko
zaczytana albo szlifuje wiersz historię
z zupełnie innym bohaterem i tak pięknie
nie wie że ja
już czuję pod stopami dźwięczność
brukowych klawiszy na rynku miasta
oślepianego słońcem
na wszelki rozsądek
sam nie wiem czemu ale
za tak maleńkim światełkiem z pewnością
kryje się stały ląd
wierzchnią stroną dłoni
ostatnio częściej przechadzam się łąkami
kiedy słońce wsiąka w trawy
pozwalam letniemu różowi sączyć się
za powieki zmrużone w sam raz żeby patrzeć
jak jasny zarys przemyka gdzieś między
nie szarpię za napięte struny powietrza
nie wkraczam w batalistyczne sceny mrówek
nie szukam ścieżek mogących nagle
wybuchnąć w twarz kwiatostanem
szczególnie gdy nurt podchodzi do skóry
jedynie czasem w kieszeni
przebieram palcami ziarnka piasku
grudki ziemi
