Małgorzata Domurat – Misja: Benefity pozapłacowe
- Miroslaw Drabczyk
- 27 lis 2024
- 6 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 28 lis 2024
Ewa otworzyła oczy. Proces teleportacji musiał dobiec już końca. Znów zaczęła czuć swoje ciało i słyszeć myśli. Jak zwykle w takiej sytuacji, zanim zdążyła się zastanowić, jak się czuje po wyjściu z komory teleportacji, wgrana instrukcja misji już nasuwała Ewie natrętną sugestię, aby otworzyła pakiet startowy.
Tym razem miał formę średniego rozmiaru podniszczonej czarnej torebki ze sztucznej skóry. Znalazła w niej szczotkę do włosów, szczoteczkę do zębów, dezodorant, szminkę, podpaski, gumę do żucia, jakieś tabletki i dwie plastikowe karty. Jedna miała rysunek pojazdu, a druga napis: Ewa Nowak Junior Account Manager. Ta druga była zawieszona na kolorowej wstążce, która nie wiadomo czemu zadziałała na Ewę kojąco. Chciała od razu założyć wstążkę na szyję i prezentować dumnie na piersi plakietkę Junior Account Manager. Podświadomie wiedziała już, że Ewa Nowak to ona, a ta karta będzie dla niej gwarancją dostępu do miejsca wykonywania misji.
Wiedziała już również, że pełen dostęp do tubylczych zasobów będzie miała dopiero dziesiątego dnia drugiego miesiąca misji. Do tego czasu będzie musiała sobie poradzić, żyjąc w foliowym namiocie tu w parku w centrum metropolii, w którym Korporacja umieściła komorę teleportacji.
Co ciekawe, byli tu też inni w takiej samej sytuacji. Zgodnie z II. Kosmiczną Konwencją o Nieagresji pomiędzy Korporacjami przy Podboju Kosmosu, nie zamierzała sabotować ich misji, ani im przeszkadzać. Ot, taki pakt o korporacyjnej nieagresji. Zdarzyło się jej już kończyć teleportację w obozie pośród innych agentów. Wszyscy byli najemnikami, każdy myślał tylko o swoim zadaniu i planowanym powrocie do bazy. Nikt nie przeszkadzał innym, była tu więc bezpieczna.
Od innych kloszardów dowiedziała się zatem, skąd zdobyć ubrania na pierwsze dni swojej pracy Junior Account Managera. Trzeba było wystać swoje pod kontenerem, gdzie tubylcy oddawali niepotrzebne ubrania, wypatrzeć kobietę podobną do niej samej wiekiem i figurą, a następnie poprosić, aby nie wrzucała ubrań do kontenera, tylko oddała je prosto w ręce potrzebującej, a nie tej firmie, która przemieli jej piękne garsonki i wykorzysta je w recyklingu. Patenty na zdobycie jedzenia również podpowiedzieli koledzy z konkurencji. W supermarkecie wystarczyło wsadzić palec do jogurtu i zaalarmować personel, a po piętnastu minutach odebrać jogurt ze śmietnika na zapleczu. Wiadomo było, że to był jej jogurt, po jej paluchu. Na koniec dnia trzeba było jeszcze zrobić obchód warzywniaków i barów, zebrać wystawiane zwiędnięte, nadgniłe jabłka, marchewki i ziemniaki. Zatem, miała się już w co przebrać ze skafandra do teleportacji i miała już co zjeść. Pora zacząć pierwszy tydzień pracy.
Co dokładnie miała robić w biurze, nie wiedziała. Nikt z Korporacji nie był w stanie przygotować dla Ewy sensownej instrukcji wyjaśniającej, czym zajmuje się Junior Account Manager. Dlatego misja wymagała agenta, który będzie się w stanie płynnie dostosować do zmiennych warunków i nieznanych oczekiwać inwigilowanej firmy. Ewa została wytypowana do misji jako agentka średniego szczebla. Jej profil psychologiczny idealnie pasował do powierzonego zadania. Była cierpliwa, wytrzymała na stres, presję, nudę i była zaradna w przestrzeni miejskiej.
Oficer prowadzący Ewę uspokajał ją, opowiadając, że nawet inni pracownicy biura, z którymi przyjdzie jej pracować, nie wiedzą właściwie, czym zajmuje się Junior Account Manager. Ustalili między sobą jedynie listę ogólnych wytycznych, na której znalazły się m.in.: być miłą, zachowywać się spokojnie, nie zwracać na siebie uwagi, być responsywną, otwartą na nowe wyzwania, komunikatywną, być dobrym graczem zespołowym, umieć pracować pod presją czasu i być odporną na stres. Ustalili, że Ewa będzie się starała odpowiadać na wszystkie wiadomości ze średnim czasem reakcji i w umiarkowanym tonie. Jeśli czegoś nie będzie wiedziała albo rozumiała, powinna raczej się zgadzać niż protestować. Będzie tam miesiąc i dziesięć dni, więc wszelkie terminy realizacji zadań najlepiej umawiać po upływie tego okresu.
Nie wiedząc zatem wiele, stanęła rano przed godziną 9:00 w przeszklonym holu i włączyła się w rzekę ludzi, pracowników inwigilowanej firmy, kopiując ich ruchy. I tak udało się Ewie przejść przez bramki wejściowe, wjechać windą na właściwe piętro i znaleźć swoje miejsce w bezkresnym open space.
Jej stanowisko pracy to był mały box, miała do dyspozycji biurko, krzesło, komputer, telefon i słuchawki. Bitlocker, hasło i login do komputera znalazła napisane na żółtej karteczce przyklejonej pod klawiaturą. Korporacja się spisała.
Misja umieszczenia agenta w inwigilowanej firmie była przygotowywana przez Korporację od lat. Celem było zdobycie przez agentkę Ewę najcenniejszego benefitu pozapłacowego w całej galaktyce – bonów Sodexo Lunch Pass. Towar ten był na wagę złota w rozliczeniach między korporacjami handlującymi odległymi kosmicznymi terytoriami i metalami ziem rzadkich. Czemu był to środek płatniczy tak wyjątkowy? Aby go otrzymać, trzeba było przepracować miesiąc w inwigilowanej firmie bez ani jednego dnia spóźnienia, bez narażenia się managerowi, bez skonfliktowania się z zespołem i bez załamania nerwowego i depresji. Odbiór bonów odbywał się dziesiątego dnia kolejnego miesiąca, pod warunkiem pełnej frekwencji, osiągnięcia wszystkich miesięcznych key performance indicatorów i pomyślnego przejścia testów psychologicznych w postaci pozytywnej oceny przez zespół i menedżera na comiesięcznym podsumowującym spotkaniu zespołu.
I tak właśnie zaczęła. Szło jej nieźle. Mijał trzeci tydzień pracy Ewy, gdy siedziała w open space zabijając czas. Poprawiła szal otulający jej tułów pod bluzką. Zakładała go, żeby nadać swojej sylwetce przymioty bułowatości i obłości. Zyskiwała tym niewidoczność u kolegów i koleżanek z biura. Makijaż też trzeba było zrobić taki średni, bez podkreślania oczu i żadnego wyraźnego koloru ust, a naturalny rąbek czerwieni dobrze pobledzić sypkim pudrem. Nie dopilnowała tego kiedyś i od razu pojawiły się kłopoty – zagadywanie w socjalnym, lustrowanie od góry do dołu. Każdy przejaw zwiększonego zainteresowania rodził ryzyko wyczucia zapachu osiedla kloszardów, starego potu z niepranych ubrań albo rozszyfrowania optymalnego systemu rotacji kilku sztuk garderoby, którymi dysponowała.
Dlatego też nauczyła się na pamięć rytmu korzystania z biurowej kuchni i toalet. Znała minutowe sloty, kiedy można było spokojnie przejrzeć prowiant współpracowników. Zdążała wtedy przełożyć do swojego pustego pojemnika ze ściankami wyklejonymi niby prześwitującym spaghetti bolognese po trochu z kilku zestawów lunczowych. Po trochu – akurat tyle, że nikt nie zauważył, a dzięki temu koleżanki i koledzy z biura wyglądali szczuplej. Z kolei dobrze wykorzystany wolny slot w firmowej toalecie pozwalał umyć się pod pachami i podmyć się przy biurowej umywalce. Z myciem włosów musiała poczekać aż wszyscy wyjdą.
W myślach cały czas odliczała do terminu zakończenia misji. Nie identyfikowała znaczących zagrożeń na horyzoncie, ale koszty misji ponosiła ogromne – codzienny ból głowy, ból pleców, opuchnięte nogi, dodatkowe kilogramy, niekończące się zapalenie gardła i zatok od klimatyzacji oraz pogorszenie wzroku od braku światła słonecznego. Do tego popadnięcie w marazm i szereg lżejszych oraz cięższych objawów otępiennych. Czuła się jak bezradny szczur wrzucony do dziury, z której nie jest w stanie się wydostać, gdyż ciągle ześlizguje się w dół po gładkich ściankach. To była jedna z trudniejszych misji, które pamiętała. Kilkukrotnie była już bliska zrezygnowania, gdy ukrywała się wieczorami w swoim foliowym namiocie w miejskim parku i myślała o kolejnym poranku i dniu spędzonym w inwigilowanej firmie. Było jej bardzo ciężko. Samotna, cały wolny czas musiała poświęcać na zdobycie pożywienia i zorganizowanie stroju na kolejny dzień pracy, który nie będzie się wyróżniał od strojów pozostałych Junior Account Managerów. W dni, kiedy menadżer kazał im zostawać dłużej, nie miała wystarczającej ilości czasu na obchód po sklepach i barach. Ewie pozostawało wtedy jedynie podkradanie jedzenia kolegom z biura. Jednak myśl o zdobyciu Sodexo Lunch Pass rozbudzała w Ewie taką żądzę, że gotowa była poświęcić całe zdrowie i przynajmniej część mózgu. Było z nią coraz gorzej.
Dni mijały podobne do siebie jak maile, które otrzymywała. Aż nagle przyszedł TEN mail od kadr informujący o zmianie systemu benefitów pozapłacowych.
Drodzy, mamy dla Was wspaniałą wiadomość. Od tego miesiąca likwidujemy dodatek do Waszych pensji w postaci bonów żywieniowych Sodexo Lunch Pass. W zamian za to wprowadzamy owocowe czwartki i możliwość korzystania w biurze z wody bez ograniczeń. Liczymy, że spotka się to z Waszym uznaniem, pozwoli Wam cieszyć się lepszym zdrowiem i nie będziecie obżerać się jak świnie w firmowej kantynie, którą tym samym likwidujemy.
Serce Ewy waliło jak oszalałe. Z trudem powstrzymała przyspieszony oddech. Podniosła oczy, spodziewając się rebelii pozostałych pracowników, która oczywiście zakończyłaby jej misję. Mail jednak nie wywołał większego poruszenia w open space, widać objawy otępienne dotykały współpracowników mocniej. Ewie natomiast zrobiło się gorąco, poruszyła obrzękniętymi nogami i wysłała sygnał alertu do oficera prowadzącego z Korporacji.
Nie minęło 5 minut, gdy na ekranie komputera Ewy pojawiła się wiadomość: Uciekaj szybko! Ratuj się! Aktywacja wrót teleportu za półgodziny w namiocie. Uwaga! Rozkaz natychmiastowego powrotu do bazy!
Wiele można było mówić o Korporacji, ale dbała o swoich i nie pozwalała na narażanie zdrowia fizycznego i psychicznego swoich agentów… bez benefitów.
*
Opowiadanie powstało w ramach koleżeńskiego Projektu Ewa i zostało wcześniej opublikowane w formie audiobooka na kanale na YT Wytwory Wyobraźni.
