Stańmy się godziną, której nie będziemy musieli opowiadać.
Chodźmy złożyć nasze twarze, pijmy bliskość,
przebijmy pierścienie dymu dużym palcem.
Jedzmy wahanie garściami i pobrudźmy obrus.
Zrzućmy razem, usta do ust, biodro do biodra,
łupiny historii na jutro.
Bądźmy bezbronni.
Bądźmy nieostrożni.
Bądźmy okropni.
Powtórzmy razem to żądanie,
żeby nie wymknęło nam się z rąk:
chodźmy nakryć do stołu, nim wszystko zostanie zapisane.
Bądźmy, raz jeszcze, niedoskonali.
Słoneczniki
Daję się ponieść latu
po nieznanych polach.
W podróży
myśli rozciągają się
w stronę poszukującego słońca.
Nagle nadchodzi znajoma melodia
co przeszywa niebo
bez ostrzeżenia.
W jednej chwili zapomniałabym
tę dawną piosenkę,
gdybym nie odkryła przed sobą
złotego morza spragnionych
słoneczników.
Barter
Wszystko zgodnie z wyobrażeniami:
grudniowa noc,
długi korytarz,
serce, które przychodzi i odchodzi.
Wszystko tak, jak to sobie wyobrażałam:
szpitalna sala,
białe łóżko,
zielone kafelki.
Nieprzewidziane:
lampa na moich rozłożonych nogach.
Na krawędzi aureoli cztery litery: sola.
Otwieram się.
I myślę o małym zardzewiałym pudełku
i jestem kołami na bruku, zbiornikiem wody, osuwiskiem ziemi.
Myślę o starym poecie, który mówi do mnie posso
i jestem nieobecnością.
Myślę: macierzyństwo to żółta sukienka z plamą po oleju
a ja jestem ostatnią chwilą samotności.
Z moich spuchniętych ust krew płynie strumieniami
i nie mam już języka, żeby cię nazwać.
I to twój krzyk zrywa struny
i wymieniamy życie na wiersz, który się nie domyka.
Dozobaczenie
Do zobaczenia, mamo.
Wszystkie te nazwy,
których nie
słyszałam,
znałam,
wykrzyczałam,
zapomniałam.
Do zobaczenia, mamo.
Wrócę
z nowymi nazwami
dla naszych jezior,
naszych gór,
dla ciebie
i dla mnie.
Do zobaczenia, mamo.
Wkrótce, a może
dopiero kiedyś, wyrosną mi
białe pióra
i wtedy będę wiedziała
wszystko, co muszę wiedzieć
na to dozobaczenie.
O bliznach
Po pierwsze.
Obrazy światła rzucanego
na zmarszczki sufitu.
Nasz portret,
molo bez statku.
Nieznajomy komentuje,
wszystko inne się powtarza.
Końcówki włosów rozłożone na poduszce
plączą się z wargami.
Podejrzenie:
Widziałam jak umiera dziecko.
Płoń
Do kwiatu wełnianki
Kwitnij kwaśny kwiecie,
rozplatam ci rozkwitające nici.
Wstań wśród zbutwiałych płatków gąbczastej ziemi,
nigdy wody i nigdy stałego gruntu.
Kwitnij kwaśny kwiecie,
chmury więdną przepływając po niebie.
Obudź się, uwalniam twoje ramiona splecione z łóżkiem,
rozrywam je, rozplątuję.
Czule rozczesuję włos po włosie
i pocieram nić kruchą jak nasze usta.
Splatam knot, kwiat,
dłońmi, które płoną.
przełożyła Marta Eloy Cichocka
Jessica Zuan (ur. 1984) – dorastała na południu Szwajcarii. Mieszka i pracuje w Barcelonie. Opublikowała trzy książki poetyckie: L'orizi / La tempête (2017), Stremblidas e s-chima (2019) i Launa da pavagls (2019). Regularnie publikuje swoje wiersze w czasopismach literackich i antologiach. Za swoją twórczość otrzymała nagrodę kantonu Graubünden oraz nagrodę regionu Maloja. Astrid Alexandre, Martina Linn, Bruno Pedretti i Artem Pervushin dokonali muzycznych adaptacji jej utworów w różnych stylach. Wybór załączonych przekładów autorstwa Marty Eloy Cichockiej jest owocem XII Obradoiro Internacional de Tradución Poética na wyspie San Simón w Galicji. Fotografia autorki Yolanda Castaño.