top of page

Amelia Pudzianowska – pięć wierszy

  • Mirek Drabczyk
  • 6 dni temu
  • 4 minut(y) czytania

Płynę w tę płynność

Dziura nie musi być czarna ani nawet żadna
Choć lepiej gdy czarna bo wtedy daleko
A ja w nią wpadam jestem słaba i marna
A ja z nią igram jak z rwącą rzeką
Co we mnie strumieniem są te mokradła
Co wir mnie w rzece połyka ku ściekom
Hej ty Wisło Odro czy inna co ma się za mądrą
Masz dziurę w sobie bezdenną w dół i w górę
Ja jestem inna z rana i pod wieczór nie ta sama
Rzeczę że zarzekam zrzekam się rzeki
Świat wszech jest rozwarty
Mnie dno wystarczy
Co ma firmament pod sobą
Rozpostarty pod wodą



obce jak jajko na osi spadam,
zjadam. nie wiem kim jestem
nie wiem co jem to sen
pęka mi skorupa przestrzeni
wiesz co? nie chcę się żenić
bóg jak jajko pęka mi krzyż
pisz. demony znają swoje imię
ja je zapominam w kinie
ślubuję ci: chcę być kimś kto
ciebie kocha. wiesz co? katastrofa

bóg w jajku ja w bogu mam ciemnię
a ty we mnie. demony w karku
pewne swej pozycji kapują na nas
policji. wiesz co?
przeraża mnie zło. nie takie jak w zbitym jajku. tylko to o poranku. gdy budzisz się i
patrzysz, a ja płaczę. i jakby nie było boga. choć wiem, że jest, a twoja noga, łydka, czule
mnie przyciąga. dla boga to gest zbyt szybki, lecz ja zbyt lubię twoje łydki, więc już nie
płaczę, lecz wciąż się boję.
że nie będzie nas dwoje.
i że nie będzie twoje.
i że nie będzie moje.
że nas rozdzielą skurwiałe gnoje.
obce jak jajko na osi spadam
i już mi jedno wszystko i już wada
tego świata warkocze mi zaplata
a może to ty bawisz się włosami
a mojej głowie dopóki ci nie powiem
że śniło mi się że prosisz o rękę
odwracasz wzrok, więc łapię za rękę
i kończę udrękę, całuję dłoń
a potem szczękę angażuję w to całowanie
kończę. a ty chcesz jajko na śniadanie
i chuj. włączam pranie


Ubierz się

Ubierz się, bo twoje ciało pociąga
Ludzi biegłych w pociągach i
Nowych przygodach Bonda. Bo twoje ciało
Wygląda jakby chciało być bez ubrania.
Na nic twoje starania. Rozbiorą cię
I będą powstania. Bo tu jest kurwa Polska.

Rozumiesz? Uwierz, się nie uratujesz.
Bo tu jest kurwa Polska i nie licz, że cię położą
Na Powązkach, raczej w takich związkach droga Jest wąska, jak łóżko i choć nie jesteś ładna I cycki zasłaniasz poduszką
I choć nie jesteś zaradna jak dziewczyna Bonda
I upośledzona jesteś w poglądach,
To się ubierz, żeby cię rozebrali.

Bo taki nam świat dali i takie muszą być ustawy,
Żeby bez zgody cię posuwali i nie doszło do ugody.
Jesteśmy mali, lecz rośniemy w siłę, by rzec:
Byłem w niej.
Byłem.


Słodycz

Już cicho na sercu, już leży płasko,
Już się oczy łuską drażnią.
Dorastam wciąż do wieku ciała,
Ciało dorasta do wieku świata.
Dziś rozstrojona jak powierzchnia ciasta z kruszonką,
Dziś wita mnie słonko, co policzone ma lata.

Biorę życie w ratach, biorę życie na kredyt
I szczęście opłacam w stratach, aż poznam niebyt.
Albo byt, Wielkiego Komornika co zajmie mi serce.
Rozkładam ręce i nie wiem, czy ktoś wpadnie w moje ramiona,
Czy będę taka rozłożona, na atomy atomów, cząsteczki cząsteczek.
Serce leży płasko, serce jak cukierek w piasku.


Poszedł po pole a wrócił z dworem

Ryje mają po jeden na metr kwadratowy
I każdy milczy chcąc poziom rozmowy,
Trzymać tym milczeniem białym jak mleko
Wylane z piersi sprzedanej krowy. Wieko,
Słój i ogórki na stole, on je czuje.
Pod ryj mu ojciec podstawia. On mówi: ja podziękuję.
Już nie ryj i nie morda, już nie dzieciaków horda,
A tylko myśli i spuścizna tychże myśli,
Już nie wymię krowy i kompot z wiśni,

choć krowa sprzedana i te tutaj rozmowy,
o niej wciąż. Ogórki takie jak wymiona i łzy lecą,
a w łzach jest miąższ, duma prostego człowieka.
Lecą na ziemię wieka, więc ten co wrócił też milczy,
ale jakby tak ze wstydem złożonego zwierzęcia,
co zapomniał, że do poczęcia, doszło na wersalce, na której spoczął.
I tak milczy, ale po co? Co on tam wie z tych studiów z miasta,
nie ruszył ciasta, z twarzy mu pasta zrobiła intelektualistę,
bo zęby ma czyste.
Przez okno wpadł listek.
– Klon - mówi ojciec - klon na sto procent.
– Klon - odpowiada on, lecz mówi to samo, jakby mówił inne. Jakby widział liść i czynił Bogu
ducha winne, sobowtóry tego cudu natury. I widział tym ideę łona Platona, niedoskonałego
klona.
– Się namnożyło, jesień za pasem. Kiedy dzieci i ślub?
– Będą z czasem, jak się metr kwadratowy wyrobi własny. Żeby nie był ciasny.
A ojciec o krowie, o klonie i ryju milczy,
Bo nie ma kapitału by mówić, co go bolało.
A teraz go boli ten syn zmarnotrawiony,
Co oczami strzela na wszystkie strony.
I nie umie jak ta krowa, patrzeć poczciwie i ryjem ruszać,
Przy wiśni czy śliwie. A syn patrzy na ojca
I dziwi się idei, z której on i bracia się wzięli.
Z ojca krwi, krew mu płynie po ciele.
Syn ma swoją ideę. To wciąż niewiele.





Amelia Pudzianowska (ur. 2001) – laureatka kilkudziesięciu konkursów literackich. Publikowała w internecie, prasie, antologiach. Autorka reportaży, storytellerka, slamerka, reżyserka, autorka warsztatów kreatywnego pisania. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa Biblioteka Śląska ukaże się jej debiutancka książka guzik prawda.

     Redakcja  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page